
„Było tak, jakby dopiero razem się powołali do życia. W ich spotkaniu pomieścił się cały wszechświat, wcześniej rozrzucony na peryferiach przypadków, omyłek i losowych zdarzeń.
Zanim go spotkała, siebie nawet nie znała, nie było bowiem kogo poznawać. On dopiero dał jej płótno, na którym uczyła się szkicować własny portret. Nikt nie dopełnił nikogo, nikt nikogo nie odnalazł, nikt kompletny się nie stał dzięki drugiemu. Ustanowili się wzajemnie, przedtem nieświadomi, że osobno pozostawali li tylko przechodnim mirażem.
Od niego chciała zacząć, jak tylko usiadły do rozmowy. Właśnie jego dotyczyło pierwsze pytanie, a ona mogła godzinami, bez ustanku, o nim rozprawiać, kołysząc się na falach wspomnień. Niosła ją pamięć o pierwszych spojrzeniach wymienionych, słowach sobie danych i oddechach przekazanych. Wynosiła ją daleko poza teraźniejszość, daleko poza czas i poza siebie, do miejsca, gdzie znów nikt poza nimi wstępu nie miał.
Czuła na sobie jej wyczekujące spojrzenie, napastliwe wołanie o to, by uchyliła drzwi i zaprosiła ją do środka.
Mogła to zrobić. Mogła przecież powiedzieć o nim wszystko.
Zamiast tego powiedziała bolesne nic.”
Fragmenty z książki: Jakub Jarno. „Kontury”.
To, na co zawsze czekam przed rozpoczęciem nowej książki, to duchowa podróż w nieznane. Z uczuciem podekscytowania wyruszam w świat stworzony wyłącznie ze słów. Uruchamiają one moją wyobraźnię, która tworzy obrazy czekającej mnie przygody. I tak, jak po udanej wyprawie, tak po przeczytaniu inspirującej książki, pragnę wrócić do domu bogatsza o nowe doświadczenia. Lubię, gdy dokona się we mnie wewnętrzna przemiana, a zamknięcie książki przyniesie refleksję i tęsknotę. W moim przekonaniu, każda powieść powinna zostawić w nas jakieś znamię. Ślad będący wspomnieniem, uczuciem, zapisem czasu.
Warsztatem pracy pisarza są słowa. Tylko one pozwalają na wykreowanie przestrzeni, w której zanurzam się odcinając od rzeczywistości, jaka mnie otacza. Zapominam o sobie, o świecie, w którym egzystuję. Przenoszę się w inne realia, w których nie było dane mi żyć i o których nie miałabym nigdy prawa się dowiedzieć, gdyby nie powieść. W ten sposób doświadczam literatury, a nie tylko odczytuję i odbieram jej treść.
Na powieść Jakuba Jarno czekałam cierpliwie. Kiedy pojawiła się na półkach w księgarni, zakupiłam egzemplarz z postanowieniem, że gdy tylko przekroczę próg mieszkania, natychmiast zacznę czytać. Moje czytanie zaczyna się jednak długim oswajaniem się z książką. Zaczynam rozgrzewką, zanim przejdę do sedna. Moją uwagę przyciągają detale. Przyglądam się okładce, projektowi graficznemu. Patrzę na czcionkę, kolory, a nawet na papier: jego gramaturę, kolor lub matowość w dotyku. Dla mnie nie są to przypadkowe wybory, ale czymś podyktowane. Fabułą książki, jej nastrojem. W tych niuansach ukryta jest jakaś informacja o tym, z czym zaraz się zetknę po rozpoczęciu lektury.
Okładka powieści trafiła w moje emocje. Na czarnym tle widać liść – zasuszony, w niektórych partiach niemal pozbawiony materii. Wykruszony na skutek upływu czasu. Zachowana została jedynie jego szkieletowa konstrukcja. Ogonek jest złamany, a mimo to, mieni się złotym kolorem. Sam w sobie nie przedstawia żadnej wartości. Jedyne co może posiadać – to wartość sentymentalna. Rzeczy nieprzedstawiające sobą żadnej historii – niejednokrotnie mają ją w sobie głęboko ukrytą. Tak samo jest z tym liściem. Zachował swój kształt, swój kontur, zarys i tożsamość. Mimo zniekształcenia nie można go pomylić z niczym innym. Jest zniszczony, ale wciąż piękny. Jest świadectwem zachowania się od niepamięci.
To liść klonu. Kształtem przypomina dłoń – każda „klapa” o szpiczastym wierzchołku odpowiada jednemu z palców naszych dłoni. To właśnie te klonowe liście, za sprawą bohaterów powieści – Wandy i Franka Światły – stają się symbolem miłości i wierności. W niezwykle subtelny sposób autor uczynił z rzeczy tak pozornie błahej i pozbawionej znaczenia – element głęboko symboliczny. Mocno zapadły mi w pamięć opisy poszukiwań liści o kształtach przypominających dłonie bohaterów. Wręczanie ich było gestem obecności, dodaniem otuchy w trudnych chwilach.
Książkę „Kontury” do mniej więcej 170 strony czytałam jak natchniona. Każde zdanie wypełniało mnie po brzegi. Każde słowo, każdy akapit był na swoim miejscu. Wszystko wydawało się absolutnie doskonałe – magia, ciekawość, prostota.
A potem… czar prysł.
Gdzieś od połowy książki poczułam, jakbym traciła kontakt z jej światem. Stał mi się daleki. Najprawdopodobniej te rakiety i piłeczki tenisowe rozgromiły ten intymny, wewnętrzny świat Jedynaka. Może „bidul” nie był najlepszym tłem, o jakim chciałabym czytać, ale pragnęłam pozostać w tym mroku, w świecie Wandy i Franka, wśród tych bezprzymiotnikowych dzieci. Początek książki poruszył we mnie wszystko, a później – nie potrafiłam tego odnaleźć w kolejnych wątkach.
Gdyby autor utrzymał poetycki ton z początku powieści do samego końca, byłabym naprawdę przeszczęśliwa.
A tak musiałam pożegnać bohaterów w sposób, którego nie chciałam.
Potencjał był ogromny, ale w moim odczuciu nie w pełni wykorzystany.
Doceniam sposób w jaki autor podchodzi do swojej twórczości. Na wewnętrznej stronie okładki jest informacja, że autor pozostaje anonimowy – mieszka na wsi wraz z rodziną. Pozostaje w cieniu, choć mógłby występować publicznie, udzielać wywiadów, uczestniczyć w spotkaniach literackich. Kontakt z czytelnikiem utrzymuje w sposób pośredni – tylko poprzez literaturę. Usuwa swoją osobę w cień, tak jak i w jego prozie ukryte pozostają najważniejsze rzeczy: prawdy, uczucia, lęki. Ta świadomość dużo we mnie porusza. Odejść, gdy można by zaistnieć. Zrezygnować z blasku, by żyć dla czegoś innego. Poświęcić życie czemuś, co nie mieści się w oczekiwaniach innych.
Z twórczością pisarza nie zamierzam się rozstawać. Będę czytać. Na półce juz mam ustawione dwie powieści autora. Wiem, że będę do nich wracać.