

Kąkol może być także symbolem ubóstwa i trudnych warunków życia. Jego obecność może wskazywać na nieurodzajność i biedę.
Tyle tytułem wstępu, a teraz słów kilka o książce.
Ta książka, to opowieść pracowicie wyhaftowana różnymi nićmi – niemalże identycznie jak okładka! Przeplatają się w niej różne wątki, a osnowę stanowi dom i to co go uosabia – jego mieszkańcy, czyli rodzina. Dom na okładce również jest w centrum tego mikroskopijnego wszechświata, nie inaczej jest w książce. Ten, do kogo należy – dzierży władzę. Senior rodu, dziadek Antoni, nagradza sporadycznie (może tylko odpowiadając „dzień dobry” czy łaskawie przychodząc na obiad) i surowo karze laniem pasem po tyłku, upartym milczeniem i niechęcią, wykluczeniem.
Ale jaki jest ten dom?
Tutaj trzeba sobie niestety odpowiedzieć, że przede wszystkim – pokraczny. Asymetryczny. Źle zbudowany. Bez planu. Pełen architektonicznych pułapek. Ciasny, bo bez przestrzeni do zrobienia kilku swobodnych kroków, a co dopiero życia! Skrzypiący. Bez łazienki, z toaletą w piwnicy. Stworzony przez ojca i syna, w myśl solidarnej współpracy, ale z doprawdy żałosnym i opłakanym skutkiem. I taka też jest, niestety, rodzina w nim mieszkająca….
W książce wybrzmiewa bardzo cierpki opis domu funkcjonujący w świadomości naszej młodocianej narratorki i może też i innych tymczasowych domowników. Pozwolę sobie zacytować „Dom to popularna nazwa miejsca, w którym ludzie przebywają, gdy pada deszcz i gdy chcą zademonstrować, że mogą ze sobą wytrzymać, chociaż nie mogą ze sobą wytrzymać. W domu ludzie, najczęściej kiedy właśnie pada, wykonują tajemniczym sposobem nowych ludzi, żeby oni też nie mogli ze sobą wytrzymać”. I tak to by się chyba zgadzało z tym, co autorka pragnie nam przekazać snując te opowieści z dzieciństwa i letniego odpoczynku „u dziadków”.
Sporo zostało powiedziane o mentalności ludzi żyjących na wsi, o konfliktach międzypokoleniowych, o uprzedzeniach do członków rodziny, którzy nie pochodzą „z kasty”, o nieakceptowaniu i nieposzanowaniu praw do własnych zasad, w momencie gdy „żyje się nie-pod-swoim-dachem”. Myślę, że taka tematyka jest bliska każdemu z nas kto doświadczył problemów z dogadaniem się z seniorami w swojej rodzinie, z może despotyczną matką, czy ojcem, ludźmi nieprzystępnymi emocjonalnie, upartymi i nieustępliwymi. Odrzucenie odczuwa narratorka, jej matka, która nie potrafi zrozumieć, dlaczego jest traktowana jak intruz i czy po prostu nie mogliby całą rodziną pojechać na wakacje nad morze? Czy one są właśnie tym kąkolem? Tym chwastem, którzy należy wyrwać, usunąć, bo może zatruć plony? Ja tak właśnie o tym myślę i chyba chcę tak to rozumieć. Nie wiem czy, aby autorka nie miała innego zamysłu, ale moja interpretacja będzie właśnie taka.
Ta książka, przede wszystkim, obudzi wspomnienia o wakacjach spędzonych na wsi. O wspomnieniach, jakie może zapamiętać dziecko, nastoletnia dziewczynka ucząca się rozumieć świat przyrody i dorosłych oraz ich skomplikowane relacje. O wielu rzeczach niewypowiedzianych, które czają się tylko w dojrzewającej świadomości, ale ukryte pracują na własne postrzeganie świata i malują na jego podstawie swój indywidualny obraz. A nie napawa on optymizmem, nie wnosi spokoju i nie zaspokaja też ciekawości świata i potrzeby rozumienia go. I czujemy to już od pierwszych stron książki, która rozpoczyna się odliczaniem minut do letniego wyjazdu.
Lektura pochłonęła mnie na całe dwa dni. Czytało się dobrze, aczkolwiek, moim zdaniem, wyraźne zaakceptowanie początku, rozwinięcia i zakończenia dobrze zrobiłoby tej książce. Opowieści przeplatają się, ale tak naprawdę zmierzają tak troszkę donikąd. Brak rozdziałów również nie pomaga w takim sprawnym czytaniu. Czasem się gubiłam.
To co niewątpliwie mnie urzekło, to arcyciekawe zbitki wyrazowe, metafory i porównania. Bardzo inteligentne poczucie humoru. Często byłam rozbawiona komizmem sytuacyjnym czy słownictwem. Pokreślę, że autorka ma też wszechstronne myślenie o różnych pojęciach, rozpatruje je w wielu kontekstach, przywołuje je w wielu wymiarach.
Czytać.