„Kąkol”, Zośka Papużanka


   
 „I wreszcie kąkole, tak najpierw podobne do młodego zboża, że trudno je znaleźć, gdy jest czas, i potem, niepowstrzymane przez nikogo, wznoszą biskupie główki na grubych szyjach. Kąkolu, kąkolu, nie siej się po polu, bo cię panny lubią, na wianki cię skubią, śpiewały gospodynie, a kąkol siał nie pannom do wianków, a zbożu na nieszczęście. Nikt go nie chciał. Mąka z kąkolem nie nadawała się nawet do zwierząt. Moje wianki i bukiety były śmiertelnie trujące. Nie pomógłby nawet wywar z niewinnych rumianków, który pomagał na wiele. Ani koper włoski, Foeniculum vulgare, zbyt vulgare, w wulgarności zbyt pospolity na wyrafinowane działanie kąkolu. Na zło kąkolu nie było lekarstwa. Szłam przez łąkę w dumnym różowo-niebieskim wianku, z którego wystawały promienie zbóż. Kąkol nie trwał długo, fioletowe zło zwiędło, zwieszało głowy, zanim byłam z powrotem w domu. Pan Bóg pszenicę mnoży, a diabeł kąkol sporzy, mruczała babcia, nie wnoś mi tego do domu, diabelska roślina, nieznośne dziecko, znowu komuś polazłaś zboże tarasić”.
 
Wziąwszy do ręki książkę, o tajemniczo brzmiącym dla mnie tytule, pierwszym co uczyniłam, było dokonanie research’u i dowiedzenie się cóż to jest ten „kąkol”?
Dla tych którzy wiedzą bez zaglądania do Wikipedii czy innego słownika, od razu jest zrozumiałe, że nie odebrałam starannych studiów przyrodniczych, ponieważ ja na potrzeby tej książki –  musiałam się dokształcić…. Doczytując informacji o tej, na pierwszy rzut oka, wdzięcznie wyglądającej roślinie, aczkolwiek nazywaną obraźliwie – chwastem (najczęściej chwast upraw zbóż zatruwający mąkę z nich wytwarzaną) – dotarłam do jej szerokiego kontekstu i symboliki funkcjonującej w kulturze.
Kąkol jest, z jednej strony, symbolem obfitości, urodzajności i płodności; jego obecność w polu uprawnym może być interpretowana jako znak, że ziemia jest żyzna i daje dobre plony (w tym kontekście kąkol jest pozytywnym symbolem, reprezentującym dostatek i bogactwo).
Znany jest również ze swojej zdolności do przetrwania w różnych warunkach, nawet w trudnych i niegościnnych środowiskach. Dlatego też może być postrzegany jako symbol wytrwałości i zdolności do przetrwania w obliczu trudności.
 
Z drugiej jednak strony, roślina ta zwłaszcza w kontekście religijnym, może być uważana za symbol diabelski, zanieczyszczenia lub nieczystości. Miała rzekomo przyciągać pioruny, a gospodarzom, na których polach rosła obficie – mieszać zmysły i nakłaniać do grzechu.
Kąkol często rośnie wśród uprawnych roślin i może konkurencyjnie zabierać naturalne zasoby gleby, co może być postrzegane negatywne. Jest też rośliną trującą, zanieczyszczona mąka wytworzona ze zbóż zebranych razem z kąkolem, nie nadaje się do spożycia. 
 
Kąkol

Kąkol może być  także symbolem ubóstwa i trudnych warunków życia. Jego obecność może wskazywać na nieurodzajność i biedę. 

Tyle tytułem wstępu, a teraz słów kilka o książce.

     Ta książka, to opowieść pracowicie wyhaftowana różnymi nićmi – niemalże identycznie jak okładka! Przeplatają się w niej różne wątki, a osnowę stanowi dom i to co go uosabia – jego mieszkańcy, czyli rodzina. Dom na okładce również jest w centrum tego mikroskopijnego wszechświata, nie inaczej jest w książce. Ten, do kogo należy – dzierży władzę. Senior rodu, dziadek Antoni, nagradza sporadycznie (może tylko odpowiadając „dzień dobry” czy łaskawie przychodząc na obiad) i surowo karze laniem pasem po tyłku, upartym milczeniem i niechęcią, wykluczeniem. 

Ale jaki jest ten dom?

Tutaj trzeba sobie niestety odpowiedzieć, że przede wszystkim – pokraczny. Asymetryczny. Źle zbudowany. Bez planu. Pełen architektonicznych pułapek. Ciasny, bo bez przestrzeni do zrobienia kilku swobodnych kroków, a co dopiero życia! Skrzypiący. Bez łazienki, z toaletą w piwnicy. Stworzony przez ojca i syna, w myśl solidarnej współpracy, ale z doprawdy żałosnym i opłakanym skutkiem. I taka też jest, niestety, rodzina w nim mieszkająca….

W książce wybrzmiewa bardzo cierpki opis domu funkcjonujący w świadomości naszej młodocianej narratorki i może też i innych tymczasowych domowników. Pozwolę sobie zacytować „Dom to popularna nazwa miejsca, w którym ludzie przebywają, gdy pada deszcz i gdy chcą zademonstrować, że mogą ze sobą wytrzymać, chociaż nie mogą ze sobą wytrzymać. W domu ludzie, najczęściej kiedy właśnie pada, wykonują tajemniczym sposobem nowych ludzi, żeby oni też nie mogli ze sobą wytrzymać”. I tak to by się chyba zgadzało z tym, co autorka pragnie nam przekazać snując te opowieści z dzieciństwa i letniego odpoczynku „u dziadków”.

Sporo zostało powiedziane o mentalności ludzi żyjących na wsi, o konfliktach międzypokoleniowych, o uprzedzeniach do członków rodziny, którzy nie pochodzą „z kasty”, o nieakceptowaniu i nieposzanowaniu praw do własnych zasad, w momencie gdy „żyje się nie-pod-swoim-dachem”. Myślę, że taka tematyka jest bliska każdemu z nas kto doświadczył problemów z dogadaniem się z seniorami w swojej rodzinie, z może despotyczną matką, czy ojcem, ludźmi nieprzystępnymi emocjonalnie, upartymi i nieustępliwymi. Odrzucenie odczuwa narratorka, jej matka, która nie potrafi zrozumieć, dlaczego jest traktowana jak intruz i czy po prostu nie mogliby całą rodziną pojechać na wakacje nad morze? Czy one są właśnie tym kąkolem? Tym chwastem, którzy należy wyrwać, usunąć, bo może zatruć plony? Ja tak właśnie o tym myślę i chyba chcę tak to rozumieć. Nie wiem czy, aby autorka nie miała innego zamysłu, ale moja interpretacja będzie właśnie taka. 

Ta książka, przede wszystkim, obudzi wspomnienia o wakacjach spędzonych na wsi. O wspomnieniach, jakie może zapamiętać dziecko, nastoletnia dziewczynka ucząca się rozumieć świat przyrody i dorosłych oraz ich skomplikowane relacje. O wielu rzeczach niewypowiedzianych, które czają się tylko w dojrzewającej świadomości, ale ukryte pracują na własne postrzeganie świata i malują na jego podstawie swój indywidualny obraz. A nie napawa on optymizmem, nie wnosi spokoju i nie zaspokaja też ciekawości świata i potrzeby rozumienia go. I czujemy to już od pierwszych stron książki, która rozpoczyna się odliczaniem minut do letniego wyjazdu.

Lektura pochłonęła mnie na całe dwa dni. Czytało się dobrze, aczkolwiek, moim zdaniem, wyraźne zaakceptowanie początku, rozwinięcia i zakończenia dobrze zrobiłoby tej książce. Opowieści przeplatają się, ale tak naprawdę zmierzają tak troszkę donikąd. Brak rozdziałów również nie pomaga w takim sprawnym czytaniu. Czasem się gubiłam. 

To co niewątpliwie mnie urzekło, to arcyciekawe zbitki wyrazowe, metafory i porównania. Bardzo inteligentne poczucie humoru. Często byłam rozbawiona komizmem sytuacyjnym czy słownictwem. Pokreślę, że autorka ma też wszechstronne myślenie o różnych pojęciach, rozpatruje je w wielu kontekstach, przywołuje je w wielu wymiarach.

Czytać. 

 


Dodaj komentarz

tak sobie czytam
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.