
„ŻYCIE JEST JAK TENIS
TEN, KTO NAJLEPIEJ SERWUJE,
ZAZWYCZAJ WYGRYWA”.
Stało się. Przeczytałam. I bezmiar mojego zadowolenia z siebie – jest po prostu niespotykany
ponieważ mocno się obawiałam, że utknę gdzieś na początku książki i nie dam rady ruszyć dalej, że od nadmiaru stron, wątków i postaci mózg mi się rozjedzie
…. A tymczasem poszło jak z płatka…. no prawie…. Po okresie wewnętrznej rozterki, kiedy biłam się z własnymi myślami, czy w ogóle jest sens, abym się za tą cegłę brała…. przyszedł czas spokojnego oczekiwania i ustaleń. Strategia – oto to moje słowo klucz! Wszystko zaplanowałam. Czytanie zaplanowałam. Spokojnie, keep reading Ania, don’t slow down, czytaj day by day, jakieś 100 do 150 stron a do dwóch tygodni będziesz mogła załadować fotkę na Fejsa a na dodatek opatrzysz ślicznym komentarzem. Proste. Grunt to spokój.
Czytanie sporo ułatwił mi też mój Kindle…. jakże się cieszyłam, że mogę czytać z tego małego szkraba, a nie z tej opasłej księgi ważącej chyba i z 2 kilo…
Chryste Panie i wszyscy święci…., nikt nie jest w stanie dłużej trzymać w dłoniach takiego ciężaru niż jakieś 30 minut, a do przeczytania mojej dziennej dawki, byłoby to niestety troszkę za krótko…. Pomimo mojej kruszynki (Kindle)
nie było to łatwe czytanie, oj nie było. Samych przypisów jest ok 100 stron, trudnych do przesylabizowania, przeczytania i wyartykułowania wyrazów, zawiłych i długich terminów z działu chemia, fizyka, biochemia?, skrótów, antonimów, akronimów!!! …. dlatego też przez niektóre partie ciężko było mi przebrnąć, trochę się naszarpałam, nieraz odkładałam zrezygnowana, zastanawiałam się czy to ma sens… cofałam się o kilka stron, aby „nadłapać” jakieś znaczenie, które mi umknąło… naście razy dawałam tej książce „ostatnią szansę”… prawie jak w zdrowo prosperującym związku…. No ale spokojnie; po jakiejś 500 – tnej stronie wszystkie wątki, postaci, które z początku zdawały się jakby kompletnie od siebie oderwane zaczęły się kleić i nie wyglądały już na niekontrolowany zapis natłoku różnorodnych wątków i myśli z nimi związanych. Cierpliwości trzeba tutaj mieć, dużo cierpliwości. Niejako wbić się w tę fabułę, nie ponaglać porcesu przyswajania
nie przyspieszać tempa czytania. Nie zniechęcać w momentach kiedy dopada świadomość, że „ja tego kurde nie kumam”….. Nie jest to lekkie, ani przyjemne, ale co tu zrobić? Trzeba czytać, nie zniechęcać się, to jest do ogarnięcia. Serio.
Dobrze, tyle o samych przygotowaniach, a teraz o samej książce i jej fabule.
Fabuła, realia i nazwy czasem śmieszą („Rok Mydełka Dove w Rozmiarze Próbnym” czy „Rok Pieluchomajtek Depend dla Dorosłych”), czasem wstrząsają (opisy związane z „dolegliwościami” z zażywaniem Substancji – świadectwa prelegentów Białej Flagi, kokainowe ciągi Dona Gately’ego – mega mocne!), ale nade wszystko ilustrują społeczeństwo, to amerykańskie społeczeństwo, wychowane na telewizji, serialach, innych środkach masowego przekazu; pielęgnujące konsumpcjonizm, tworzące kulturę popularną, masową, wsłuchującą się w przekaz teleodbiornika z wyjątkową czcią; kulturę ubiegającą się o łatwo dostępną rozrywkę i dążącą do zaspokojenia swoich elementarnych potrzeb.
Rzecz dzieje się w 1) EAT Enfieldzkiej Akademii Tenisowej – prestiżowej akademii tenisa mającej szkolić przyszłych sportmistrzów, oraz 2) Ennet House – klinice odwykowej (która leży tuż „za płotem” akademii) przystankiem-drogą w procesie wychodzenia z nałogu przez rozmaitych życiowych wykolejeńców; opisuje ich historie związane z zażywaniem Substancji…. (czegoś uzależniającego: alkohol, kokaina, „zioło”). Książka prezentuje rodzinę Incandenza, synów – Maria, upośledzonego chłopca (który podzielił z ojcem zamiłowanie do kręcenia filmów), Hala, geniusza sportowego i intelektualnego, który z pamięcią fotograficzną opanował Oksfordzki Słownik Języka Angielskiego oraz Orina – najstarszego z braci, który po „wyrośnięciu” z wieku młodzieńczego porzucił EAT i oddał się karierze w futbolu amerykańskim; ich matki Avril i męża – Jamesa – zwanego przez swoich synów Jegomościem (popełnił samobójstwo wkładając głowę do kuchenki mikrofalowej) autora filmów o nieodgadnionym dla publiczności credo artystycznym. No i niewątpliwym bohaterem tej powieści jest jeszcze taśma, kartdridż z Rozrywką, o niewiadomym zapisie, której obejrzenie uzależnia jak narkotyk i prowadzi do śmierci. Twórcą kartridża jest właśnie James, który główną rolę w nagraniu poświęcił pięknej czirliderce, mażoretce Joelle – dziewczynie Orina. To co ostatecznie stało się z kasetą i jaki obraz został na niej zarejestrowany zdradza czytelnikowi właśnie Joelle.
Liczne przygody, sensacyjne akcje prowadzone przez wrogie sobie mocarstwa, postaci agentów Marath’a, Steeplego (Biuro do Spraw Niesprecyzowanych) mają na celu wychwycenie wszystkich kopii z Rozrywką a także zabezpieczenie kopii Matki.
Samych „głównych postaci” w powieści jest może ze sto (!), zdania ciągną się na pół strony bez jakiekolwiek przerwy interpunkcyjnej, choćby przecinka czy średnika a strony nieraz są gęsto wypełnione drukowanymi literami. Jest to mocne, ale niewątpliwie warte przeczytania. Są tam długie traktaty poddające analizie wiele tematów np. tatuaże, bardzo ciekawe zresztą.
Pamiętaj potencjalny czytelniku, że z tą książką trzeba chcieć zmierzyć się samemu. Nie można i chyba nie da się przeczytać takiej powieści w imię snobistycznej idei, na skutek przeintelektualizowanej rekomendacji choćby nie wiem jak była natchniona i rzetelna, czy aby potwierdzić swój status postmodernistycznego czytelnika. To będzie krew, pot i łzy
I może też trzeba dojrzeć do tej powieści, to są długie godziny ślęczenia nad fabułą, układania jej sobie w głowie, zbierania wszystkiego w całość. To coś nie jest przeznaczone dla szukających romantyzmu fanek Danielle Stelle, tutaj trzeba mieć „łeb” (i karczycho też 

– i to nie byle jakie!) żeby to ogarnąć. Po prostu chcieć zrozumieć, delektować, a nie czytać jak za karę… chyba zresztą się nie da…
Dla niezdecydowanych polecam film „The end of the tour”, który przybliży postać D.F. Wallace’a.