„Szczygieł”, Donna Tartt


 

(…) To chyba pierwszy obraz, który naprawdę pokochałam – opowiada mama. –  Nigdy nie uwierzysz, ale znalazłam go w albumie, który w dzieciństwie wypożyczyłam z biblioteki. Siadałam na podłodze przy łóżku i wpatrywałam się w ten obraz godzinami, bez reszty zafascynowana: w tego maluszka!  I wiesz, to niesamowite, ile można się dowiedzieć o obrazie, spędzając mnóstwo czasu z reprodukcją, nawet z niezbyt dobrą reprodukcją. Najpierw pokochałam tego ptaszka chyba tak, jak można pokochać domowego zwierzaka, a później pokochałam sposób, w jaki został namalowany. (…) pochyliłem się, by bliżej się przyjrzeć obrazowi. Był niewielki, najmniejszy na wystawie, i najprostszy: żółty szczygieł na zwykłym bladym tle, przykuty do żerdzi łańcuchem zwisającym z cieniutkiej jak gałązka nóżki.”

 

Nazwa powieści „Szczygieł” została zaczerpnięta od tytułu obrazu z 1654 roku, autorstwa Carela Fabritiusa. To prawdziwy obraz, znajdujący się obecnie w Mauritshuis w Hadze. Przykuwa uwagę widza swoją prostotą, realizmem oraz bogatą symboliką.

To niewielkie płótno (ok. 33 × 23 cm) przedstawia ptaka – szczygła – przywiązanego łańcuszkiem do żerdzi. Dzieło powstało krótko przed tragiczną śmiercią malarza w wyniku wybuchu prochowni w Delft, który zniszczył też większość jego dorobku. Wspominany obraz jednak  przetrwał i stanowi jedno z najbardziej rozpoznawalnych dzieł holenderskiego złotego wieku, choć ma zupełnie inną aurę niż barwne sceny Rembrandta czy Vermeera – jest surowy, minimalistyczny, a przez to niezwykle poruszający.

Donna Tartt uczyniła płótno C. Fabritiusa osią fabuły swojej powieści – symbolem piękna, kruchości i zarazem ciężaru pamięci, który towarzyszy bohaterowi przez całe życie.

W powieści Donny Tartt powraca nie tylko motyw mistrzowskiego płótna, ale także dramatyczna historia wybuchu. Podobny los co Carela Fabritiusa spotyka, bowiem głównego bohatera – Theo Deckera. Choć on sam cudem unika śmierci podczas eksplozji w muzeum, to jednak, w jednej chwili, traci najbliższą osobę – matkę.

Co niezwykłe, tak jak w XVII wieku, również i tym razem obraz pozostaje nienaruszony – wychodzi z katastrofy bez najmniejszego uszczerbku. Theo, tuż przed wybuchem zasłuchany w sentymentalną opowieść matki o dawnym malarstwie, po tragedii, w chaosie ewakuacji niemal odruchowo zabiera ze sobą płótno. Ten gest – z początku instynktowny i pozbawiony refleksji – okaże się punktem zwrotnym w jego życiu.

Od tej chwili chłopak staje się nowym, choć nielegalnym, właścicielem dzieła. Sekret posiadania bezcennego obrazu, z czasem zamieni się w brzemię: będzie źródłem lęku, winy, a także ciągłego przypomnienia o śmierci ukochanej matki i traumie tamtego dnia.

Obraz w „Szczygle” nie jest jedynie rekwizytem – staje się symbolem. Niesie w sobie sprzeczności: piękno i cierpienie, wolność i zniewolenie, zachwyt i ból. To właśnie w tej dwoistości kryje się jego niezwykła siła i znaczenie dla całej opowieści.

Fabuła powieści jest niezwykle rozbudowana a sama powieść liczy ponad 800 stron. Styl, jakim posługuje się pisarka ujęłabym jako „poprawny”, poniekąd na niekorzyść autorki, ponieważ powoduje to, że powieści brakuje tempa, żywiołowości i intensywności. Długie i wyczerpujące opisy stają się niestety monotonne i na dłuższą metę nużą śmiertelnie. Wątki są drobiazgowo kończone, wyjaśniane lub przekierowywane na nowe tory. Kończąca się przygoda w Nowym Yorku rozpoczyna nową – w Los Angeles, ta z kolei płynnie przenosi się na powrót do rodzinnego miasta Theo, by finalnie rozegrać się w Amsterdamie. Czuwanie nad konsekwentnym rozwojem wypadków i takie klarowne „pospinanie” całości w rozdziały, a te rozdziały z kolei kolejne w części (w powieści są aż 4 części), moim zdaniem zaszkodziło fabule. Natomiast charakterystyka postaci mocno zyskuje w oczach czytelnika. Niebywale wyraziste, powiedziałabym, że wręcz doprecyzowane w każdym szczególe postaci, sprawiają, że czytelnik z łatwością je zapamiętuje i świadomie śledzi rozwój wydarzeń. Tutaj nie można się pogubić. Wszystko skrupulatnie, na bieżąco jest opisywane i wyjaśniane, jakby według jakiegoś spójnego planu zdarzeń. Czytelnik szybko oswaja się bohaterami – z Pippą, dziewczynką z muzeum, Hobie’m – wspólnikiem Weltiego, którego Theo napotkał w dniu tragedii , a także kolejno: z Andy’m i jego rodziną, ojcem – Lucasem, Xandrą, Borysem, Kotykiem, Kitsey. Wespół z tymi bohaterami podróżujemy, obserwujemy rynek dzieł sztuki i jego bezwzględne mechanizmy.

Czytelnik jest obecny, gdy Theo z grzecznego chłopca sięga po używki i pod wpływem kolegi z szkoły – Borysa, walczy z uzależnieniem od alkoholu i narkotyków.  Wszystko to, cały czas – i dobrze się czyta i, łatwo się czyta.

Z pozoru wszystko do siebie pasuje i trudno jest się do czegokolwiek „przyczepić”, jednak … ja przez cały czas czytania – pozostałam obojętna. Niestety, niczego ta książka ze mną nie uczyniła. Nie śmiałam się i nie płakałam z bohaterami. Nie myślałam o nich i nie związałam się z nimi ani przez moment. I aż ze wstydem, muszę się przyznać, wiedząc ile nagród książka zdobyła, że te ponad 800 stron, niczego ze mną nie uczyniło. Książka jest estetycznie wydana i ślicznie wygląda na półce, ale powiedzmy sobie szczerze, czy dla czytelnika szukającego w literaturze prawdziwego wzruszenia – to wystarczy? Oczywiście, że nie. A ja potrzebuję trzęsienia ziemi, zachwytu, chcę płakać potokiem łez i czuć, że po ukończeniu książki skończy się życie, które dotychczas znałam! Muszę się czasami zdenerwować, uśmiechnąć czy tam może nawet i zarumienić z emocji…, ale ja to muszę poczuć! A tutaj, pozostałam chłodna i obojętna. Szkoda, żałuję. Na bieżąco czyniłam jakieś notatki, na siłę starając się czegoś uchwycić, odnaleźć coś dla siebie, ale ….. było to trudne….

Jedno tylko takie porównanie wydaje mi się na tyle cenne, aby chwilkę się na nim zatrzymać. To takie skojarzenie z książką Demon Copperhead Barbary Kingsolver. Chodzi oczywiście o tą samotność i brak wzorców, które z łatwością prowadzą do uzależnień. I w sumie to nawet nie wiem, dlaczego na tym zatrzymałam swoją uwagę, ale przez moment poczułam się, że to do mnie przemawia, choć zdecydowanie bardziej działało to w przypadku B. Kingslover. W obu książkach młodzi bohaterowie zostają brutalnie skonfrontowani z dorosłością, której nie szukali, a która narzuca się w postaci straty, uzależnień, przemocy i konieczności przetrwania. Bez wątpienia książki różnią się kontekstem kulturowym i miejscem, i czasem akcji, jednak łączy je konieczność przetrwania ich głównych bohaterów. Oboje bohaterowie dźwigają ciężar większy, niż powinni. Theo po śmierci matki i w cieniu nieobecnego, problematycznego ojca staje się emocjonalnym opiekunem samego siebie, a także – w pewnym sensie – tych dorosłych, którzy wokół niego zawodzą. Demon, wychowywany w biednej, rozbitej rodzinie, zmagając się z chorobą i uzależnieniem matki, przejmuje rolę, którą powinni pełnić dorośli. Ta odwrócona hierarchia – dziecko dbające o rodzica – staje się u Tartt i Kingsolver dramatycznym obrazem utraconego dzieciństwa i dorastania w warunkach permanentnego kryzysu.

Theo ze Szczygła oraz Demon z powieści Kingsolver sięgają po substancje odurzające – początkowo nie z wyboru, lecz jako mechanizm radzenia sobie z bólem. Dla Theo to efekt tragicznej śmierci matki. Alkohol i narkotyki stają się środkiem ucieczki, a jednocześnie pogłębiają jego izolację. Demon dorasta w środowisku, w którym uzależnienia – przede wszystkim opioidowe – są chlebem powszednim.

Taką oto mam refleksję na zakończenie. I naprawdę nic więcej z tego tekstu nie biorę dla siebie…

A na pytanie czy polecam …. odpowiem, że to zależy od tego, czego chcemy doświadczyć podczas odbioru literatury? Czy fabuły, która swoją przejrzystością i uporządkowaniem nie przynosi żadnej chwili refleksji i zadumy, czy wzruszeń, które utkwią nam w sercu i pamięci.

Drogi czytelniku, żywię ogromną nadzieję, że nie marnujesz tutaj, ze mną, czytając to, co piszę, swojego czasu. Że lubisz mnie tu spotkać, bo to chyba jedyne miejsce, gdzie jest to możliwe. Choć mnie, drogi czytelniku, nieraz zdaje się, że cię widzę i nieraz bezskutecznie szukam. Brzmi zagadkowo? I dobrze! Ma tak brzmieć! Tak właśnie powinno być! W życiu, i w literaturze!


Dodaj komentarz

tak sobie czytam
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.