
„– No ale jeśli nie przyjechałaś na ślub, to po co? – Głos panny młodej jest teraz dużo niższy, jakby w końcu pojawił się ten prawdziwy. Bo w prywatnej przestrzeni z kimś, kto nie przyjechał na ślub, panna młoda nie musi być panną młodą. Może mówić, jak chce. Tak jak Phoebe. Phoebe nie jest Wysokim Koczkiem ani Poduszką w Panterkę. Jest nikim, a jedyną zaletę bycia nikim stanowi to, że może powiedzieć wszystko. Nawet pannie młodej.
– Żeby się zabić.
Mówi to bez dramatyzmu czy emocji, jakby stwierdzała fakt. Bo tak właśnie jest. Spodziewa się, że zapadnie krępujące milczenie, ale panna młoda wygląda tylko na zdezorientowaną.
– Eee, że co? – pyta.
– Przyjechałam się zabić – wyjaśnia Phoebe tym razem bardziej stanowczo. Dobrze jest powiedzieć to na głos. Gdyby nie to, pewnie nie byłaby w stanie tego zrobić. A musi. Podjęła decyzję. Poleciała na drugi koniec kraju. Czuje ulgę, kiedy drzwi zaczynają się otwierać, ale panna młoda wciska przycisk, żeby je zamknąć.
– Nie – mówi.
– Nie?
– Nie. Nie możesz się zabić. To mój tydzień ślubny.
– Tydzień ślubny?
– Ściśle biorąc, sześć dni.
– Eee, bardzo długi ten ślub”.
Niebywale prawdziwa, z jednej strony zabawna, a z drugiej pełna mądrości, powieść, której odsłuchanie ukoiło mój wewnętrzny harmider po ostatnio ukończonym audiobooku.
Książka, która okazała się dla mnie niebywałym zaskoczeniem! Po ciężkiej, wyczerpującej lekturze Elizy Clark, odczuwałam głęboką potrzebę zrobienia sobie literackiego resetu. W nadziei na odnalezienie niby-to-przypadkiem właściwej książki, uświadomiłam sobie, iż dawno nie wyszukiwałam żadnej, według …. ulubionych lektorów! Więc zamiast przebijać się przez stos nowości, wpisałam w wyszukiwarkę imię i nazwisko mojego absolutnego faworyta, Filipa Kosiora. I proszę – na samym końcu listy, czekała na mnie książka-niespodzianka. Hmmm… „Goście weselni”… Sam tytuł troszkę dał mi do myślenia …. Wesela i śluby … nie kojarzą mi się dobrze, a wręcz zawsze … niedobrze, ale było coś takiego w tej okładce, co pozwoliło mi myśleć, że autorka napisała powieść, ponieważ, być może, motywowana była przez podobne uczucia…. Grafika z okładki – niczym z polskiej szkoły plakatu! Zabawna i z dystansem. (martwi mnie chyba tylko nieobecność znaku diakrytycznego w słowie „goscie” …. czy gdzieś to się schowało, a ja po prostu nie widzę….?) Mając jednak to wszystko na uwadze kliknęłam „Pobierz” a potem „Start” – i to był strzał w dziesiątkę!
Autorka zaserwowała mi wszystko, czego na tamten moment potrzebowałam – sporą dawkę humoru, niebywale zaskakujące tempo i zwroty wydarzeń, a także – całe mnóstwo prawdziwego wzruszenia. W gratisie otrzymałam idealną główną bohaterkę – Phoebe, którą uważam wręcz za swoje alter ego! Sama nie wiem, jak to dobrze ująć, ale naprawdę jest mi bratnią duszą – myślimy i czujemy podobnie. Ja chyba tylko nie rozważam śmierci samobójczej … tutaj zdecydowanie się różnimy. Ale jakże podziwiam wykształcenie Phoebe i wykonywaną pracę. Być wykładowcą angielskiej literatury XIX wieku na uniwersytecie, to coś, co imponuje mi, jak nic innego w życiu. Jej ogromne zamiłowanie do książek i wspominanie w fabule, również moich ukochanych pisarek, – Charlotte Bronte, Jane Austen „Dziwne losy Jane Eyre” oraz Edith Wharton (której pozycję „Ethan Frome” czytam przynajmniej raz w roku od kilku lat…) – rozłożyło mnie na łopatki.
„Goście weselni” to powieść, która z wdziękiem wprowadza czytelnika w wir przygotowań, emocji i nieporozumień towarzyszących weselnemu przyjęciu. Główna bohaterka, intelektualistka z krwi i kości, po bolesnych małżeńskich doświadczeniach, patrzy w końcu na świat z ciepłym dystansem i humorem. Poznajemy ją w momencie, gdy postanawia odebrać sobie życie (połykając tabletki swojego niedawno zmarłego kota…), ale już na drugi dzień cieszy się, że jej się nie udało! Zestawienie dwóch bohaterek – jednej, która chce umrzeć – Phoebe, drugiej, która chce żyć pełnią szczęścia – Lila, może wróżyć tylko nieprzewidywalny rozwój wypadków. Jak one się potoczą? Zachęcam do zapoznania się z fabułą książki!
Za śmiechem kryją się mądre refleksje o relacjach, samotności i potrzebie bliskości. Lekkość stylu nie przesłania tego, że powieść przemyca sporo życiowej mądrości, którą łatwo odnieść do własnych doświadczeń.
I na koniec oczywiście potwierdzam, iż szczególną przyjemność sprawiło mi słuchanie audiobooka w interpretacji Filipa Kosiora. Ogromnie hipnotyzujący głos, który fantastycznie oddaje emocje i wrażliwość każdej powieści.