„Mam na imię Lucy”, Elizabeth Straut


 

    „Książki dały mi różne rzeczy…. Dzięki nim czułam się mniej samotna”.

Moje pierwsze tegoroczne rozczarowanie… I to porażające. Oby tylko nie wyznaczyło kierunku dla większości pozycji, po które zamierzam wkrótce sięgnąć…

Absolutnie nie czuję się uwiedziona tą opowieścią. Dlaczego?

Ja po prostu nie wierzę w żadne melodramatyczne historie matek i córek. Tylko ktoś kto życia nie zna, nie doświadczył, da się zmanipulować i uwierzy, że po latach nie-odzywania-się-do-siebie, możliwe jest nagłe spoufalenie się z rodzicielką. Traum z dzieciństwa i lat duchowej rozłąki, nie uleczy nagłe pojawienie się matki przy łóżku chorej córki. Koniec. I ta farsa, podczas której wspominają dzieciństwo „Smutaska”. Wyciągają na tapetę historie z wspólnie spędzonego czasu, kiedy jeszcze tworzyli rodzinę. Dlaczego, ja znowu pytam? Czemu dobremu miały one służyć? Trudno mi na to wszystko odpowiedzieć….. 

Autorce na pewno dam jeszcze jedną szansę, ale nieprędko.

Dla osób, które, mimo mojej krótkiej, aczkolwiek bardzo wyrazistej, że tak pozwolę sobie powiedzieć prawdę, recenzji polecam wysłuchanie audiobooka w interpretacji Danuty Stenki. Swoim pięknym głosem uratowała tę książkę.

,

Dodaj komentarz

tak sobie czytam
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.