
„Przez chwilę siedziały bez słowa, patrząc sobie w oczy; Matka Boska sięgnęła powoli do kieszeni podomki, wyciągnęła maślanego herbatnika obramowanego ząbkami, włożyła go do ust i zaciamkała. Ilekroć udało jej się zmiażdżyć kolejny kawałek, patrzyła na Marię z wyrazem triumfu. Gdy skończyła, wytarła dłonie o oparcie fotela, znów sięgnęła po druty, do Marii zaś rzekła:
– Bier kłębuszek.
I podała jej złoty kłębek włóczki do robienia Jezusowych skarpet. Przez chwilę znów siedziały w milczeniu; anioł odchrząknął i zaczął powoli kierować się w stronę drzwi.
– Moment – powiedziała Maria. – I co dalej?
Na co tamten:
– Nic. I tak przez całą wieczność.”
Gdyby Pani Weronika pierwszym opowiadaniem chciała uczynić fabułę dla całej książki, byłabym szczęśliwsza. Opowiadanie „W tył, w dół, w lewo” jest bowiem godne zdecydowanie dłuższej narracji niż tylko 72 strony.
Autorka (niestety…?) powzięła zamysł napisania kilku opowiadań nijak ze sobą korespondujących. Przesadzam może troszkę … i osądzam niesprawiedliwie. Temat śmierci zdaje się głównie zespalać te opowiadania… i tutaj koniec i kropka. No i może jeszcze ta niczym nieskrępowana wyobraźnia, i abstrakcyjne sytuacje. Wierny czytelnik, chcący w sposób wysoce racjonalny przyswoić logiczność następujących po sobie zdarzeń – wiedziony jest co chwila na manowce. I dzieje się tak głównie poprzez zmieniające się scenerie, postaci, wysoce absurdalne dialogi! Nadzwyczaj niezwykłe, trudne w odbiorze, groteskowe, surrealistyczne, jak u Mrożka lub Gombrowicza.
Mimo trudności interpretacyjnych, nie ulega jednak wątpliwości, że książeczka zebrała bardzo dobre recenzje oraz liczne nagrody m.in. była nominowana do Paszportu „Polityki” w kategorii literatura, do Nagrody Literackiej Nike, do Nagrody Literackiej Gdynia w kategorii proza oraz do Nagrody Conrada. Autorka otrzymała za tę książkę w 2016 roku Nagrodę Literacką im. Witolda Gombrowicza. No więc jest się czym pochwalić!
Tak się zastanawiałam nad tytułem.
O co chodzi? Z tym Miczurinem….?
Powęszyłam troszkę po stronach internetowych i okazało się, że był to rosyjski hodowca i biolog żyjący na przełomie XIX i XX wieku. Iwan Michurin jest znany ze swoich eksperymentów w dziedzinie hodowli roślin, w szczególności drzew owocowych. Metoda Michurina polegała na krzyżowaniu i modyfikacji roślin w celu uzyskania nowych odmian, które byłyby bardziej odporniejsze na warunki klimatyczne południowych regionów Rosji. Był on przekonany, że rośliny można zmieniać w sposób, który przyspieszałby proces hodowli i tworzenia nowych odmian.
Zastanawiające.
Rodzą się pytania: Jak to się ma do książki? Co poeta miał na myśli?
O treść, czy raczej o formę chodziło?
Dla ochotników na tę pozycję kieruję moją małą przestrogę – do bardzo powolnego przyswajania. Jedno opowiadanie dziennie – nie więcej….