„Córka Izebel”, Wilkie Collins


 

Podróż na autopilocie. Czyli leżę i lecę.

Audiobooka słucham zawsze do poduszki. Bez niego nie zasnę. To mój sposób na zdrowy sen, na miękkie lądowanie po dniu pełnym turbulencji. Mój osobisty nocny rejs prywatnym odrzutowcem. Nadchodzi zawsze po całodniowym rozemocjonowaniu, zadyszce, braku tchu, boleści w klatce piersiowej. Ból ten, jest wynikiem – albo konieczności zdążenia wszędzie na czas, albo, po prostu – moich skołatanych nerwów.

Nikt nie jest w stanie przejść przez bramki bezpieczeństwa z kontrolą paszportową włącznie, aby móc ukoić te wszystkie całodniowe obawy i niepokoje. Potrafię to zrobić tylko ja sama, albo w towarzystwie moich członków załogi. To dwaj pierwsi piloci – Krzysztof Gosztyła i Filip Kosior. Zdarza się, że pilotem samolotu jest też inny lektor, który szczególną emocją w głosie zdobywa moje zaufanie. To ich kojące głosy potrafią wyrwać mnie z trudów każdego dnia i zabrać, gdzieś daleko od mojego „tu” i „stąd”. Z ich głosami gasną światła a z nimi wszystko inne. Nocny lot ma swoje prawa. Potrafi niepostrzeżenie przenieść nas tam, gdzie w momencie tracimy kontakt z rzeczywistością.

Słuchając audiobooka z reguły włączam tryb samolot, aby się zbytnio nie napromieniować w porze nocnej. Potem to już tylko „lecę”. Lecę w dosłownym sensie – odpływam w krainę snu z zapiętymi pasami i bez drgania samolotu. Nie budzę się w nocy, nie wiedząc gdzie jestem, nie czując, że kogoś obok mnie brakuje. Śpię spokojnie. Bez międzylądowania, z bagażem podręcznym schowanym pod siedzeniem pasażera siedzącego przede mną. Miejsce zajmuję zawsze przy oknie i nigdy nie zawieram przypadkowych znajomości.

Kiedyś do poduszki słuchałam muzyki. Słuchałam i marzyłam. Też „latałam” z włączonym trybem samolot, ale bez licencji wszystkie moje podniebne podróże kończyły się awarią silnika i wielką katastrofą lotniczą. Przyszedł jednak czas, że zdałam w porcie lotniczym uprawnienia do latania. Nauczyłam się słuchania muzyki bez zagrożeń i teraz tylko czasami zapuszczam się w dobrze znane rejony kiedy kilka lat temu miałam ileś tam lat mniej i …  odleciałam na całego. Serce pamięta, mimo iż głowa tak bardzo chce zapomnieć. Teraz lat mam więcej, całkiem możliwe, że już przechodzę menopauzę i nie wiadomo ile jeszcze czasu mi zostało :)…. Staram się więc oszczędzać paliwo, korzystam głównie z klasy ekonomicznej a już na pewno najczęściej wybieram tanie linie lotnicze. Mam przecież jeszcze tyle książek do przeczytania…… muszę jakoś wylądować.

Audiobooka często słucham w godzinach wieczornych, gdy jestem maksymalnie zmęczona. Tak, że nawet nie mam siły utrzymać książki w rękach. Choćby i pół godziny. Wyobrażam sobie, że tak czuje się zapaśnik u szczytu swej najgorszej formy albo pilot, który wie, że od dłuższego czasu leci na rezerwie. Więc zamiast czytać – słucham w ciemności wyodrębniając kształty panującej nagle szarości. Wieczorem też drażni mnie światło lampki nocnej. Razi w oczy jak reflektor na pasie startowym, a ja oślepiona muszę odwrócić wzrok, bo nie odróżniam już liter. Mój syn niczym kontroler z wieży lotów krzyczy „mamo, zgaś to światło!”, bo przeszkadza mu jasność bijąca przez transparentną szybę mojego pokoju.

Czytam z pasją, jedną książkę za drugą, gdy jestem wypoczęta. Inaczej nie potrafię. Wybieram się w wielogodzinną podróż z nogami wyprostowanymi w alejkę, którą co chwila przemykają stewardessy z przymilnym uśmiechem. Wtedy czuję, że mam w końcu „zielone światło” na czytanie bez ograniczeń.

Czytam systematycznie – gdy mam cel sprawnie ukończyć jakieś opasłe tomisko. Planuję. Regularnie – godzina rano, obowiązkowo – godzina przed snem, a ja dam radę „wcisnąć” dodatkowe 60 minut, to nawet gdzieś pomiędzy zajęciami z angielskiego. Gdzieś w połowie drogi, od strony biernej do mowy zależnej. Wiem, że jak zgubię wątek – to już ponownie nie wystartuję.

Czytam głównie leżąc. Dużo rzeczy robię leżąc. Myślę – leżąc. Użalam się nad sobą – leżąc. Uśmiecham się – leżąc. Tęsknię – też leżąc. Rzekłabym: „Jestem, więc leżę :)”. Ciekawe co na to Kartezjusz? 

Nie piszę – gdy w życiu brakuje mi wszystkiego, a ja ledwo nadążam sama za sobą. Gdy brakuje mi czasu. Natchnienia. Spokoju i harmonii. Sensu istnienia. Gdy za dużo pracuję. Gdy czuję, że wątpię.

O wnioskach z powyższego nie powinnam nawet wspominać. Ale zrobię to, bo czuję, że świat powinien wiedzieć! Wiem, że zostałam stworzona, aby nic w życiu pożytecznego nie robić. Leżeć i czytać. Dogadzać tylko sobie. Ewentualnie czasem przekartkować coś ambitniejszego, żeby wyglądało, że się rozwijam. Niby niezauważalnie, a jednak! I mimo tego … ! Popatrzcie! Taka mądra, a wciąż nadzwyczaj skromna!

Tylko dlaczego w rzeczywistości jestem zatrudnionym w szkole podstawowej nauczycielem plastyki, a popołudniami – lektorem języka angielskiego? Nie mogąc w pełni rozwinąć swoich literackich skrzydeł – poświęcam swoją karierę zawodową na tłumaczenie czasownika „to be”? Czasem się zastanawiam czy wielcy anglojęzyczni pisarze tego świata też zaczynali swoją pracę od „I am, You are, He is …” Czy ich uczniowie też nie pamiętali, co się dzieje z trzecia osobą liczby pojedynczej? I że w języku angielskim nie istnieją podwójne przeczenia??? Jak dobrze, że w naszej ojczyźnie mamy inaczej. Tutaj można przeczyć wielokrotnie, nadrzędnie, podrzędnie, prosto i w złożeniach, w koniugacji i deklinacji. W zasadzie cały czas! Na okrągło! Nawet w zdaniach oznajmujących! Nawet i przez sen!

Najchętniej piszę na starych, zużytych kartkach. Takich potarganych, wyszarpanych wręcz z drukarki, gdy je wciągnęła, bo krzywo załadowałam papier do podajnika. Czysta strona w programie Word jest przerażająca w swojej czystości – prawie jak samolot bez pasażerów! Statek widmo.

Word jest tylko dobry w tych swoich pasywno-agresywnych krwistoczerwonych podkreśleniach… Nie zachęca do postawienia na nim pierwszego znaku… Zaraz mam ciarki i doświadczam ataku paniki. Zbliża się twarde lądowanie! Jak to możliwe, że jeszcze do tej pory nie nauczyłam się klikać po klawiaturze nie patrząc na klawisze… Nawet sms piszę jednym palcem. Wskazującym. Prawej ręki. Pewnie dlatego latam też z lekkim przechyłem….

Czy doświadczam braku motywacji? Chyba tak. A przecież z całą pewnością wiem, że w chwilach absolutnego uniesienia potrafię całkiem ładnie napisać… tak, jak wtedy gdy ukończyłam „Kamień na kamieniu”. Zadowolona z tego byłam. A tym razem – klapa. Nic nie czuję. I nie dlatego, że książka mi się nie podobała. Była w porządku, od dawna chciałam coś przeczytać W. Collinsa. Chyba tylko ciężko mi pisać dla siebie samej.

Zmęczenie? Też. Mocne. Ten tydzień był bardzo pracowity …  …

Dzisiaj od rana studia, ale tylko na szczęście online. Ufff. Ale i tak byłam uwięziona przed ekranem komputera …

Czasami długo zastanawiam się, po jaką książkę sięgnąć…. I choć moja lista książek „do przeczytania” obejmuje naprawdę wiele pozycji, to mimo wszystko wciąż wpada mi w ręce coś innego. Zazwyczaj pomiędzy tytułami, które starannie sobie skatalogowałam.

Niejednokrotnie muszę odetchnąć od bardziej wymagającej lektury i dlatego wybieram coś lżejszego. Są dni, kiedy mam po prostu lekcje od rana do wieczora i dosłownie brak mi uwagi, aby przenieść się z bohaterami powieści i zanurzyć się w ich opowieść. Muszę czytać coś mniej angażującego.

Jest i tak, że nie wiem na co mam ochotę. Czy chcę kryminał, powieść psychologiczną, czy może coś, co wciągnie mnie w świat XIX-wiecznych intryg?

„Córka Izebel” Wilkiego Collinsa okazała się lekturą, która idealnie trafiła między te oczekiwania: to XIX-wieczna powieść sensacyjna, w której centrum stoi rodzinna tajemnica – matka i jej dziedzictwo, które rzutuje na losy córki.

Na książki Wilkie Collins’a zwróciłam uwagę poprzez ich przepiękne okładki. Już dawno temu. Moją uwagę przyciągały barwne, realistycznie namalowane obrazy prerafaelitów. 

Podczas czytania ucieszyło mnie, że fabuła książki obraca się wokół stopniowego odsłaniania prawdy. Nie mamy tu tylko sensacyjnego wątku przestępstwa, ale przede wszystkim wnikliwą analizę społecznych pozorów, rolę kobiety w społeczeństwie i tego, jak jedna zbrodnia deformuje relacje rodzinne. Collins prowadzi czytelnika przez kolejne poziomy podejrzeń, domysłów i skrywanych motywów, tak że napięcie narasta stopniowo — niekoniecznie przez gwałtowne zwroty akcji, lecz przez atmosferę narastającego niepokoju i rosnącej świadomości bohaterów.

Styl autora jest typowo wiktoriański: dbałość o szczegół, elokwentne opisy i skłonność do moralizowania, ale także umiejętność budowania klimatu i psychologicznej wiarygodności postaci. „Córka Izebel” jest z całą pewnością lekturą satysfakcjonującą.

Czytam dalej czytelniku. Czytam i leżę dalej. Z książką, z życiem, z nadzieją, że kiedyś zostanie to uznane za niezwykłą formę produktywności.


Dodaj komentarz

tak sobie czytam
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.