„Kamień na kamieniu”, Wiesław Myśliwski


 

„Kamień na kamieniu

Na kamieniu kamień

A na tym kamieniu

Jeszcze jeden kamień”

                 (z pieśni ludowej)

„(…) W szkołach, owszem, można się nauczyć tabliczki mnożenia, też potrzebna, jak to mówią, ale nie życia. Można łeb se napchać tym i tamtym i prawie wszystko umieć, a nie umieć żyć. Bo życie, żeby tak powiedzieć, to nie tylko życie. Niby że ty jesteś, a ono i tak leci. Gorzej, lepiej, z góry czy pod górę, ale leci. Urodziłeś się, umrzesz i niby że życie. Chce, to nas powali, chce, postawi, w dół strąci, wywyższy. A my, jak tam ono chce, bo i tak żyjemy. (…) Życie to tak samo fach jak każdy inny. A kto wie, czy nie najtrudniejszy z wszystkich fachów. Bo taki doktór czy inżynier ile się musi uczyć? Czy choćby profesor? Pięć, dziesięć lat, niechby i dwadzieścia. Dyplom mu dadzą i już umie. A życia ile się trzeba uczyć? Nie ma na to lat. I nie ma dyplomów (…) Nie ślepcy my przecież, a nieraz jak ślepcy. Jakbyśmy mleczną drogą, bracie, szli, a tu trza iść po ziemi. I wiedzieć, jak iść. No i, ma się rozumieć, ma coś przyświecać. Bo nikt nie ma w sobie świeczki. A życie ma swoje zakręty, wykroty, jary, przepaście, wiry, pogody i różne tam takie. A jeszcze do tego, jak to mówią płynie. Tylko, że niektórym się wydaje, że wciąż płynie w tym samym kierunku. Bo niby rzeki tak płyną. Czas tak płynie. A to bujda na resorach, bracie. Bo raz płynie w tę, raz w tamtą stronę albo jeszcze inną, a nawet  przeciw sobie płynie, w poprzek płynie i jak chcesz płynie. Ni wir, ni mgła, ni przestwór. Nie ma swojego kierunku. Nie umiesz żyć, dasz krok i topielec jesteś (…) Bo z życiem kiedy trzeba ostrożnie, to ostrożnie, a kiedy droga wolna, naprzód. A kiedy usłyszysz, to dobrze posłuchaj. Zobaczyłeś, nie spiesz się, aż wyraźniej zobaczysz. Ale nie myśl, że tak zawsze. To nie oczko czy poker, żeby było wiadomo, jak się gra. Nieraz ktoś nic jeszcze nie powiedział, a ty musisz już usłyszeć. Nic jeszcze nie widzisz, a już musisz zobaczyć. Bo jak nie ty kogoś, to ktoś ciebie.”

„(…) Mieliśmy se pogadać. Ale nie chcesz, to nie mów. Chcesz tak żyć bez jednego słowa, to sobie żyj. Tylko co by było, gdyby tak wszyscy ludzie we wsi pomilkli? I by tylko orali, siali, kosili, zwozili i nikt by do nikogo nie powiedział nawet szczęść Boże. A z ludźmi gdyby psy, koty pomilkły i wszelkie stworzenie, ani ptaki by nie świergotały, żaby nie kumkały. Byłby świat? Nawet drzewa mówią, jak im dobrze się przysłuchać. I każde swoją mową, dąb dębową, buk bukową. Mówią rzeki, zboża. Cały świat jest jedną mową. Gdybyś tak się w ten świat dobrze wsłuchał, mógłbyś nawet usłyszeć, co sto lat temu mówili, a może tysiące. Bo słowa śmierci nie znają. Jakby jakieś ptaki przezroczyste, raz wypowiedziane, krążą już na wieki ponad nami, tylko że ich nie słyszymy. Ale może z wysokości Boga każdego człowieka głos osobno słychać. Nawet co ja tu do ciebie mówię (…) A gdybyś ucho nad tym światem zniżył, to kto wie, może szepty ludzkie byś usłyszał i co ludzie myślą, co im śni się, gdzie u kogo kot mruczy, w czyjej stajni koń rży, które dziecko pierś matczyną ssie, a które dopiero się rodzi, bo to wszystko mowa. Bóg się każe słowami ludziom modlić, bo bez słów nie odróżniłby człowieka od człowieka. A i człowiek sam siebie by nie odróżnił, gdyby nie miał słów. Od słowa zaczyna się życie i na słowach kończy. Bo śmierć to tak samo tylko koniec słów. Zacznie może od pierwszego z brzegu, które ci najbliższe. Matka, dom, ziemia. Powiedz może, ziemia. Wiesz przecież, co to ziemia. Plujesz gdzie? Na ziemię. No, to, po czym chodzisz, na czym domy stoją, co się orze. Miałeś nieraz pług w rękach. Pamiętasz, jak nas ojciec uczył orać? Po kolei ciebie, mnie, Antka, Staśka (…)”

Wiesław Myśliwski. Przychodzi mi z wielkim trudem wskazanie innego autora, który potrafiłby z większą pokorą i wnikliwością pisać o ludzkim życiu. Jego książki są dla mnie niebywale skomplikowane do opisania i zrecenzowania. Jestem czytelniczką, która w literaturze poszukuje prawdy i ukojenia, odpowiedzi na własne niepokoje oraz nagłych momentów zachwytu. Dlatego też nie wiem czy potrafię stworzyć recenzję w pełnym tego słowa znaczeniu, ale bardzo chcę podzielić się tym, jak ja sama przeżywam spotkanie z jego prozą.

Zazwyczaj na początku długo przyglądam się okładce. Zawsze poświęcam jej swoją uwagę. Jakbym już od samego patrzenia miała zyskać coś na początek. Już na wstępie się czegoś dowiedzieć. I już na starcie zadać sobie pytania o uczucia, jakie się we mnie rodzą i jakie to ma dla mnie znaczenie?

Od jakiegoś czasu wiem, że kolekcja powieści W. Myśliwskiego, jaka ukazała się nakładem Wydawnictwa Znak jest opatrzona dziełami malarskimi jego bliskiego przyjaciela – Stanisława Baja. W przypadku pozycji, którą właśnie przeczytałam nie jest inaczej. Reprodukcja na okładce to fragment jego obrazu. Tylko fragment. Stawiam sobie pierwsze zadanie odnalezienia obrazu w całości. Chciałabym, aby był kompletny, stanowił dla mnie całość wespół z może zupełnie inną malarską rzeczywistością. Ale z tym poczekam. Jeszcze nie teraz.

Znam malarstwo Stanisława Baja. Widziałam jego obrazy w jednej z sandomierskich przestrzeni wystawienniczych. Bardzo trudno pomylić je z pracami innych pejzażystów. Utkwił mi w pamięci jeden obraz, nie będący jednakże pejzażem, a portretem zatytułowanym „Matka”. Oszczędny w kolorach, bogaty w fakturę, malowany jakby w pośpiechu, bo mocnymi, zdecydowanymi pociągnięciami pędzla.

Czytałam wypowiedź artysty przyznającego, że im częściej maluje matkę, tym mniej o niej wie, możliwe, że nawet zna. Motyw ten artysta często powiela w swojej twórczości.

Jego artystyczne realizacje nie uderzają mnie paletą barw, ale jej prostotą. Kolory raczej nie wychodzą poza nikłe szarości, półmroki i ich odcienie. Bardziej monochromatyczne, niż kontrastowe.

Miałam także przyjemność posłuchać Stanisława Baja, gdy opowiadał w Szczebrzeszynie o swojej pracy ze studentami na warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych. Rozważał także temat czystej formy w twórczości Stanisława Ignacego Witkiewicza. Poniekąd „zapoznałam tego pana”. Coś o nim wiem. Nie jest już kimś obcym dla mnie. Przez sam fakt doświadczenia jego jako prawdziwej osoby, obraz staje się bardziej bliski. A tym samym i może ta literacka podróż, jaka mnie czeka.

Oczywiście zdejmuję papierową okładkę i odkładam w ustronne miejsce. Oby tylko się nie pogniotła. Przyznaję, że działają na mnie rzeczy czyste, nowe, nieskazitelne. Cała kolekcja Myśliwskiego jest przecież bezcenna, wręcz na wagę złota.

Teraz mam przed sobą jedynie książkę. Już bez papierowej okładki, z kodem kreskowym, ceną, recenzjami. Znowu przyglądam się obrazowi kamienia. Tym razem reprodukowanym w miniaturce. Dookoła czekoladowe pass partu. Oprawa twarda. Na grzbiecie książki jedynie imię i nazwisko, tytuł, logo.

Porównuję obrazy. Niemalże identyczne. Na miniaturce nie widać tylko faktury z powiększenia. Jest bardziej wygładzone. Szukam detalu. Bez rezultatu. Przybliżam obraz do twarzy. Orientuje się, że widzę jeszcze mniej niż przedtem. Jeszcze nie nauczyłam się, że mój wzrok łapie ostrość jak przedmiot oddalam. No przecież. Robię to i od razu wszystko jest wyraźniejsze. Czasem jeszcze tylko przypatrując się kamieniowi mrużę oczy, aby widzieć mniej, aż staje się tylko plamą na jasnym tle. Czasem zmieniam tak sobie perspektywę, aby może zauważyć inne szczegóły (albo ich brak….). Może ich być przecież całkiem sporo.  Nie wszystko przecież od razu widzimy, bo zazwyczaj nie patrzymy tak, jak powinniśmy. Brakuje nam uważności. Kiedyś usłyszałam, że z chwilą gdy przestajemy być małymi dziećmi, zatracamy w sobie także to poczucie dziecięcej ciekawości. Nie przyglądamy się rzeczom w takim nieukrywanym zachwycie. Mijamy rzeczy wzrokiem i nie poznajemy prawdy o przedmiotach. Nie zastanawiamy się nad ich materią, fakturą, historią. Są jakimś elementem naszej rzeczywistości i na tym ich dialog z nami się kończy.

Stosuję te zabiegi naprzemiennie, dopóki ostatecznie nie czuję, że jestem gotowa. Już się napatrzyłam. Zdaje mi się, że pojęłam sens tego kamienia, łudzę się, że może nawet i jego istnienia. Myślę o rzeczach ostatecznych, wiecznie trwałych, niezniszczalnych. Jak kamień.             

Jeszcze jestem w trzech wymiarach. Za chwilę już nie. Czytam.

Wiem, że muszę uważnie. Ważny jest początek, aby dobrze odebrać ten świat. „Tych” książek nie czyta się, tak, jak innych. Oj, nie. Nie chcę i nie mogę się zgubić się na początku. Wiem, że sporo stracę. Czasem więc wracam. Akapit wyżej. Czasem o kilka stron. Popłynęłam myślami gdzieś indziej. Wyrzucam sobie brak skupienia. Uwagi. No trudno, różnie bywa. Przenoszę wzrok na coś innego odrywając od tekstu. Przejdę się po mieszkaniu. Chwila skupienia na czymś innym pomoże. Czy aby na pewno dziś jestem w stanie zmierzyć się z tym tekstem?

Po chwili przewracam już kolejne kartki. Staram się ogarnąć.  Czuję jakby każde słowo ważyło co najmniej tonę. Proste słowo, tytuł jednego z rozdziałów – „Droga”. A ile ma dla mnie znaczeń, niuansów. Być w drodze, zgubić drogę, droga do celu. Drogowskaz. Droga donikąd. Stać na rozstaju dróg. „Nie tędy droga…” Już mnie skręca od nadmiaru skojarzeń, choć tylko jedno słowo przeczytałam. O czym to będzie? O której z tych dróg będzie napisane? Czuję, że nad  jednym krótkim zdaniem mogłabym myśleć w nieskończoność. Często chcę podkreślić. Uchwycić to, co wydaje mi się ważne, trwale zapamiętać. Ale ostatecznie tego nie robię, bo przecież musiałabym podkreślić cały tekst. Bo przecież i tak zapomnę, o tym, co właśnie autor zrobił mi tym jednym krótkim zdaniem. Nieraz składającym się z kilku wyrazów. Czytając Myśliwskiego, zawsze czuję się jak złapana w sieć jego słów. Mają one ciężar, który przygniata, a jednocześnie prowadzi – ku czemuś, co wymyka się zwyczajnym pojęciom, zmierza ku metafizyce. To tak, jakby autor wypowiadał wprost to, co ja jedynie przeczuwam. Albo w ogóle objawia mi coś, nad czym ja się nigdy nie zastanawiałam, czemu jeszcze nie poświęcałam uwagi. Powstaje wtedy niezwykły duet: książka i ja, a głos narratora – który stapia się dla mnie z autorem – nazywa moje własne, jeszcze nieuświadomione myśli. Jest w tym ogromna ulga i wdzięczność, że ktoś ubiera w słowa to, co ja ledwo umiem rozpoznać. Ujmuje prosto, zwyczajnie, a jednak tak pięknie. Od dawna przecież szukam tej klarowności – kilku słów splecionych w zdanie, które rezonuje we mnie długo i mocno. Każde z tych słów można znaleźć w słowniku, prześledzić jego znaczenie, a mimo to w książce nabierają one zupełnie innej mocy. Połączone ze sobą tworzą niezwykłą myśl, która dla mnie jest zawsze jakimś objawieniem. Czymś szczególnym, nad czym chcę się długo zastanawiać.

Słowa u W. Myśliwskiego pracują mocno połączone razem, tworząc tę głęboką mądrość i uwalniając prawdę. Kilka słów skompletowanych w zdanie, samogłoski ułożone z spółgłoskami, razem w dźwięczne sylaby. Wyraz za wyrazem. W zdaniu może jeden, dwa przecinki. Czasem znak zapytania. Wykrzyknik. Wszystko po coś.  Ku czemuś.  Nie ma tam rzeczy przypadkowych, wyrazów, które nie niosłyby konkretnych znaczeń. Czytam, kojarzę, rozumiem. Myślę i czuję. Po każdym kolejnym zdaniu mam ochotę się zatrzymać. Zatrzymać i zapamiętać.

Niemalże zawsze czytając prozę autora, doświadczam wrażenia, że coś słabo mi to czytanie wychodzi. Zwykle przecież robię to w żwawszym tempie, a teraz jakieś hamulce mam włączone. Jestem powstrzymywana i chyba uświadamiam sobie z czego to wynika. Wiem, że to te słowa mnie spowalniają. Słucham ich wolniej. Uważniej, szukając znaczeń.

Co niesie ze sobą czytanie prozy Wiesława Myśliwskiego? Dla mnie to jest właśnie tak, jak starałam się to przed chwilką uchwycić. Odbieram ją może bardziej znaczeniami, kontekstami, choć większego mistrza słowa nie znajduję.

Słowo odkrywa znaczenie, zawsze jakieś głębsze, bardziej podniosłe. Kieruje moją uwagę ku prostym prawdom, o których dzisiaj mało kto myśli. To tak, jak gdybym odkrywała pojęcia jakiejś filozofii, która przecież każdemu z nas powinna być aż nadto dobrze znana, choć mam wrażenie, że wszyscy dawno temu ją zatraciliśmy. Rzadko myślimy o sensie istnienia, prawdzie, wartościach. Chyba też coraz rzadziej o nich rozmawiamy. U Myśliwskiego wartością nie jest współczesny świat, a coś zupełnie innego. Może to być jak w przypadku bohatera tej powieści budowa rodzinnego grobu, pamięć o rodzinie, ziemi, z której pochodzimy, drodze, którą życie nas prowadziło, ludzie, z którymi dzieliliśmy los.

Czymże jest więc kamień na kamieniu? Czy to jakaś metafora, do której wciąż nie dotarłam? Czy dosłowne znaczenie? Jak mam to rozumieć? Nie wiem. Tak sobie myślę, że może procesem budowania historii, może układaniem wspomnień. Może sprzeciwem, aby ten kamień nie zmienił swojego stanu skupienia i wciąż był jakąś konkretną materią a nie czymś innym, na przykład prochem. Może to próba ocalenia pamięci o bliskich. Albo uosobieniem już jakiegoś minionego uczucia, które długo, latami umierało w człowieku śmiercią wręcz męczeńską. Mnie chyba to ostatnia myśl daje to właściwe rozumienie. Ja tak właśnie mam. Moje uczucia umierają we mnie długo, latami. Może i stając się kamieniem, czymś ciężkim, stanem, który przynosi może ból, ale wciąż jest i pragnę ocalić od niepamięci. Wręcz zawsze dokładam wszelkich starań, aby było, trwało. Aby nie zapomnieć, co mnie z kimś połączyło. Rozumiem, że dla każdego czytelnika to sprawa indywidualna. Może każde rozumienie jest właściwe.

Przeczytałam już kilka książek tego autora (a może powinnam powiedzieć „dopiero”), ale rozpoczęcie każdego kolejnego tekstu zawsze mocno mnie pochłania. Akcja książki przenosi mnie w kompletnie inny wymiar rzeczywistości. Nie ma w niej świata, który znam, ale właśnie taki którego w ogóle nie znam! A który z każdą kolejną stroną odkrywam. Nie sposób w nim przewidzieć kolei losu, życia jego bohaterów.

I choć „Kamień na kamieniu” to opowieść o Szymonie Pietrusze, który postanawia wznieść rodzinny grób, a przy tej pracy wspomina własne życie i dzieje wsi, to równoległe z tą historią toczy się dla mnie zawsze inna. Ta metafizyczna. Opowieść książki płynie jak rzeka –  pełna jest wojennych doświadczeń, rodzinnych dramatów, miłości i straty. Budowany grób staje się symbolem próby ocalenia pamięci i nadania sensu przemijaniu. To historia człowieka zrośniętego z ziemią, który w swojej mowie ocala nie tylko siebie, lecz także cały świat, jaki odchodzi.

Skoro już tyle napisałam o malarstwie, które jest mi bardzo bliskie, to dodam, że gdy czytam prozę W. Myśliwskiego, to zazwyczaj mam przed oczami obrazy mistrzów malarstwa polskiego. To zawsze jest Władysław Podkowiński i jego „Chłopiec w stawie – Mokra Wieś”, olej na płótnie, 1982 r., Józef Chełmoński „Babie lato”, olej na płótnie 1875 r.,  Maksymilian Gierymski „Krajobraz o wschodzie słońca”, olej na desce 1869 r., Leon Wyczółkowski „Kopanie buraków” 1893 r. i wiele jeszcze innych ukazujących krajobraz polskiej wsi, ziemi, jakiejś cykliczności przyrody, zmieniających się pór roku, przemijania.

Po książkę „Kamień na kamieniu” sięgnęłam zaraz po powrocie ze Szczebrzeszyna. Jadąc na tegoroczny Festiwal Stolica Języka Polskiego pobrałam wejściówkę na wydarzenie artystyczne pt. „Byleby z Tobą Szymuś” – monodram Ewy Tarnowskiej na podstawie powieści Myśliwskiego (przedstawienie, które jak się potem okazało, wzbudziło we mnie wiele emocji i mocno rozpaliło moją chęć zapoznania się z całością tekstu). Książki na ówczesny moment jeszcze nie miałam przeczytanej ….. mogłam przygotować się do tego lepiej, wiem …. ale wiadomo jak to jest. Życie. Wieczny brak czasu. Obowiązki i obowiązki. Nie w całości ogarnęłam program festiwalu….. zazwyczaj wolę być bardziej przygotowana, ale trudno. Wiedziałam, że straty będą musiały być odrobione. Oczywiście po obejrzeniu i wysłuchaniu aktorskiego popisu artystki, z góry założyłam, że po powrocie do domu pierwszą rzeczą jaką zrobię, będzie rozpoczęcie lektury. De facto w międzyczasie zdążyłam jeszcze odsłuchać oszałamiającą pozycję „Wróg” Łukasza Orbitowskiego (co naprawdę przyznaję było prawdziwą ucztą konesera). Ale zaraz potem już wiesz drogi czytelniku, co było.

Czy po przeczytaniu książki znalazłam odpowiedzi na swoje pytania dotyczące Szymka? Czy znam jego historię? Na pewno tak, ale znalazłam także mnóstwo odpowiedzi również na te pytania, które były nawet przeze mnie w ogóle nie zadane. Nosiłam je niejako w sobie. 

I jeszcze może taką jedną myśl mam na zakończenie. To będą słowa, które pochodzą od pana Wojciecha Bonowicza, który w rozmowie o swojej książce „Dziennik pocieszenia”, zapytany o literaturę niosącą ukojenie, przywołał słowa Wiesława Myśliwskiego. Pisarz, stwierdził, że jego literatura może nie daje nadziei, ale przynajmniej jej nie odbiera. Często o tych słowach myślę.

Czym dla Ciebie, drogi czytelniku, było przeczytanie powyższego tekstu? Niestety, nie wiem. Pozostaje mi tylko wierzyć, że w tym wszystkim byłeś chwilę ze mną, a może nawet blisko mnie. Że to wszystko rozumiesz. Możliwe, że i tak, jak ja.

Pamiętaj, że nie uda ci się dodać komentarza do powyższego tekstu. Ta strona chyba musi mieć więcej wad, niż zalet. Takim żartem uśmiecham się do Ciebie czytelniku.

 


Dodaj komentarz

tak sobie czytam
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.