„Sweetland”, Michael Crummey


„Chłopak włożył ostatni owoc do ust i przechylił puszkę, by wypić sok. Nie sposób było stwierdzić, co o tym wszystkim sądzi, ku czemu się skłania.
– No – zagadnął Sweetland – wczoraj wróciłeś promem, zgadza się?
– Mama zabrała mnie do doktora w St. John’s – wytłumaczył. Jakby to była dla Sweetlanda nowina.
– I co doktor miał do powiedzenia? Jesteś upośledzony, tak? Aspołeczny? Współuzależniony? Niezrównoważony? Psychopatyczny?
– Nie – stwierdził chłopiec.
– W takim razie po cholerę pływasz aż do St. John’s, żeby spotykać się z doktorem?
Jesse wzruszył ramionami. – Nie wiem.
– To raczej twoja mama powinna odwiedzać doktora.
– Ona też odwiedza. Wchodzi po mnie.
Sweetland się uśmiechnął. – I co, zajebiście jej to pomaga, co nie?
– Nie wiem – odpowiedział chłopak.
Sweetland pomyślał, że posunął się za daleko. – Nie przej­muj się mną – powiedział w ramach przeprosin.
– Nie przejmuję się.
Sweetland odetchnął i popatrzył ku dolinie. Nawet jemu czasem przechodziło przez myśl, że chłopak wiedzie samotnicze życie, zamknięty w tej swojej głowie. Otoczony zniedołężniałymi starcami i wyimaginowanymi przyjaciółmi.
Jak na komendę Jesse powiedział: – A Hollis też raz pojechał do St. John’s na wizytę u doktora.
– Gdzieżeś coś takiego usłyszał? – Hollis mi powiedział.
Chłopak mówił o bracie Sweetlanda. Hollis nie żył od dobrych pięćdziesięciu lat.
– Serio? – spytał Sweetland.
– Któregoś roku spędził w St. John’s większość zimy.”

 

Są książki, które się czyta – i są takie, które się przeżywa. Sweetland należy do tej drugiej kategorii.

U wybrzeży Nowej Fundlandii, „na krańcu cywilizowanego świata”, znajduje się wyspa zamieszkana przez garstkę ludzi. Tych około czterdziestu mieszkańców od pokoleń utrzymuje się z rybołówstwa. Społeczność ta znajduje się w trudnym momencie. Musi zdecydować o swojej przyszłości. Większość rodzin zgodziła się przystąpić do programu przesiedleńczego i przyjąć przygotowane przez rząd pieniężne zadośćuczynienie. Chcą dołączyć do swoich krewnych na stałym kontynencie, znaleźć zatrudnienie w St. John’s lub Toronto. Myślą o ucieczce z miejsca, gdzie surowe warunki życia i izolacja od współczesnego świata stają się coraz dotkliwsze. Dla tej wyspy nie ma przyszłości. Krajobraz Chance Cove nosi znamiona rozpadu: „Nieregularne rozsiane bungalowy z winylowymi elewacjami, połowa już pusta. Szopy z zapadniętymi kalenicami, zbiorniki na propan, quady, stare drewno spiętrzone w niedbałych stertach. Wszystko to niczym śmieci rozrzucone po zboczu podczas jakiejś klęski żywiołowej. Na cyplu biały kościół, świetlica związku rybaków z zawieszonym nad wejściem szyldem MUZEUM wypisanym przez Ritę Verge. W zatoczce garstka zniedołężniałych łodzi na kotwicy (…)”

Warunkiem powodzenia przedsięwzięcia jest jednomyślność. Zgodzić się muszą wszyscy. Nikt nie ma prawa zostać na opustoszałej wyspie. A jednak nie każdy chce opuszczać rodzinne strony… Oferowane pieniądze i obietnice pomocy nie są w stanie zmienić decyzji upartego i twardego jak kamień  Sweetlanda.

Presja i niezadowolenie ze strony sąsiadów narasta. Społeczność jest w zawieszeniu, więc pogróżkami i zastraszeniem próbuje wpłynąć na ponowne rozważenie rządowej oferty. Moses Sweetland jest nękany anonimowymi listami: (…) wyjął liścik z szafki. Przeczytał go, trzymając na odległość wyciągniętego ramienia. WYNOŚ SIĘ ALBO JESZCZE POŻAŁUJESZ, ostrzegał anonim. Sweetland złożył liścik, otworzył szufladę pod widelacami i nożami, po czym dorzucił go do pozostałych, które znalazł poutykane w domu w ciągu ostatnich sześciu miesięcy. Wszystkie były podobne: komicznie złowrogie, zawierające ogólnikowe pogróżki dotyczące jego ciała, majątku, wszystkie sklecone z wyrazów oraz liter wyciętych z nagłówków gazet i przyklejonych do kartki, zupełnie jak żądania okupu na filmach”.

Na tym się jednak nie kończy. Ktoś podpala jego składzik na pomoście, który płonie doszczętnie, a w zastawionych sidłach na zające, znajduje ich ciała z rozszarpanym wnętrzem. Ich okaleczone truchła przemawiają bardziej niż słowa.

Gdy bliski sąsiad, Loveless, ostatecznie przechodzi na stronę większości mieszkańców, Moses zostaje osamotniony w swojej decyzji. Ale jej nie zmienia: „Stwierdził, że niemal go to bawi – być jedynym węzłem, którego nie potrafią rozsupłać. Trzymał się kurczowo swojego zdania, a ten wysiłek działał na niego wręcz pokrzepiająco”.

Ostatecznie spotęgowanie sporów, tragedii – śmierć jednego z bohaterów, oraz wracanie do wciąż żywych i bolesnych wspomnień z przeszłości, pchnie go do szalonego zamiaru pozostania w osadzie. W konsekwencji swojego planu świadomie skaże się na nieodwołalną izolację egzystując w skrajnie ekstremalnych warunkach. Zdany tylko na własne siły, bez możliwości wsparcia lub kontaktu z drugim człowiekiem.

Książka jest absolutnie fenomenalna.

W szczególności druga część, kiedy ciężar samotnej walki przygniata go na tyle, iż traci stopniowo siły i zmysły. To są bardzo dramatyczne opisy, wywołujące niezwykłe poruszenie. Chwila kiedy Moses czuje czyjąś obecność, kiedy wyczekuje, aż w oknie nieżyjącej przecież Queenie zapali się światło, lub zobaczy w nim dziewczynkę, którąś niegdyś była, są misternie skonstruowane. Każde słowo przemawia z ogromną siłą, a nastrój wprowadza w niezmącony sposób i wyczekiwanie. Ostatnie strony czytałam w totalnym skupieniu, z niezwykłym przejęciem. Nie pozostaje mi nic innego niż znowu powtórzyć:

…Absolutnie fenomenalna…


To druga książka Michaela Crummeya, która przeczytałam, i dziś wiem, że należy on do grona moich ulubionych pisarzy. „Dostatek” (pierwsza powieść, z którą się zetknęłam) pamiętam tak wyraźnie, jak gdybym czytała ją najwyżej kilka dni temu. Kupiłam tę powieść przypadkiem, nie zdając sobie jeszcze wtedy sprawy, że biorę do ręki książkę autora, którego styl tak mnie zachwyci. Powieść długo trzymałam w domowej biblioteczce, potem mając okazję spotkania – podarowałam z dwoma innymi książkami, bliskiej mi osobie. W tamtym czasie właściwie nic nie wiedziałam ani o samym pisarzu, ani o jego pochodzeniu, ani o tej przedziwnej nowofundlandzkiej krainie. Odpłynęłam już po kilku pierwszych stronach. „Dostatek”, a także „Sweetland” opowiadają historie, jakich na próżno szukać w literaturze. Autor jest tak bezwzględnie szczery w tym co pisze. 

Kiedy sięgnęłam po „Sweetland” sądziłam początkowo, że Sweetland to tylko nazwa wyspy. Myliłam się – to także nazwisko głównego bohatera, Mosesa Sweetlanda. Człowieka związanego z ziemią Nowej Fundlandii nie tylko poprzez nazwisko. Jest częścią tego skalistego wybrzeża, twardą i nieustępliwą jak nadmorskie klify.

Podczas lektury, największe wrażenie zrobił na mnie sposób, w jaki Crummey buduje atmosferę i prowadzi czytelnika ku bohaterowi. Nie przedstawia go od razu w pełni. Poznajemy Moses’a powoli, strona po stronie, jakbyśmy zdejmowali kolejne warstwy milczenia. Jego milczenia, bo niechętnie o sobie mówi. Autor również szkicuje go oszczędnie – poprzez drobne gesty, szorstkie odpowiedzi, nieustępliwy charakter. Uczymy się go akceptować takim, jaki jest, gdy rzuca w twarz światu: „pocałujcie mnie wszyscy w dupę” albo „nie cierpię starego pierdolonego Toronto”. Na początku dostajemy niewiele:

„- Moses Louis Sweetland – odczytał. – Urodzony czternastego listopada 1942 roku … sześćdziesiąt dziewięć lat. (…) – Krewni: brak. (…) Rodzice zmarli. Brat i siostra? Oboje nie żyją. Stan cywilny: wolny. (…) Zawód – (…) – Latarnik, emerytowany. Wysłali mnie na emeryturę dziesięć lat temu, jak zautomatyzowali światło nawigacyjne (…) był … rybakiem … Dopóki nie wprowadzili moratorium na połów dorsza w dziewięćdziesiątym drugim (…) nigdy nie mieszkał pan gdzie indziej? – Parę wyjazdów do Toronto za pracą.”

I to wszystko czego dowiadujemy się o tej postaci. Każde kolejne rozdziały były jednak stopniowym okrywaniem Moses’a. Niektóre z kluczowych informacji o nim, autor umieścił dopiero niemal na końcu książki, m.in. opis wypadku, w wyniku którego bohater został dotkliwie oszpecony. Wizerunek Moses’a okazuje się kompletny w każdym szczególe, ale powstaje powoli, krok po kroku, aż do samego końca książki.

To, co jednak całkowicie mnie urzekło, to realizm magiczny, w jaki Crummey wplótł tę opowieść. Jessie rozmawiający z nieżyjącym bratem Moses’a, Hollisem, jego rozmowy z ojcem, którego nigdy nie poznał – te sceny są jak wyciągnięte z historii o duchach, a jednak wplecione w fabułę tak naturalnie, że ani przez chwilę nie miałam wątpliwości, że właśnie tak musiało się wydarzyć.

Moses, który widzi zapalające się światełko w domu Queenie, choć przecież nikogo już tam nie ma. Moses, który spotyka zmarłych tak samo realnie, jak żyjących. To nie są wizje ani halucynacje, lecz jeszcze jeden element jego świata – surowego, pełnego straty, a jednocześnie przenikniętego tajemnicą.

Crummey pisze o tym tak cudownie, że miałam wrażenie, jakby rzeczywistość i zaświaty dzieliła zaledwie cienka linia. Za każdym razem, gdy ten pierwiastek nierealny przebijał się do opowieści, wiedziałam, że uwielbiam taki rodzaj literatury. Z nieuchwytną magią, która sprawia, że codzienność staje się przestrzenią spotkania z czymś co pozostaje w jakiejś niematerialnej sferze bytów, które istnieją równolegle z nami.

Gorąco, szczerze, mocno, z całych sił polecam powieść Sweetland. Dla mnie to arcydzieło – i jedno z najcenniejszych literackich przeżyć, jakiego doświadczyłam.

 


Dodaj komentarz

tak sobie czytam
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.