
„Wchodzimy do domu i każę Juniorowi iść się wykąpać, ale nie zwraca na mnie uwagi i wchodzi do wanny, dopiero gdy Randall zanosi go do łazienki i odkręca wodę. Randall stoi w drzwiach i pilnuje Juniora, bo wszyscy wiedzą, że kiedy Junior zostaje w łazience sam, zamyka drzwi, siada na krawędzi wanny i tylko rozchlapuje stopami wodę. Nienawidzi się kąpać. Biorę prysznic jako ostatnia, a woda – choć odkręciłam tylko zimną – jest letnia. W sierpniu jest zawsze najgoręcej, a skwar pali ziemię tak głęboko, że gotuje wodę w studniach. Kładę się do łóżka, a Junior już śpi. Szumi kwadratowy wentylator w oknie. Leżę na wznak, mam zawroty głowy i mdłości. Zjadłam tylko jeden posiłek. Widzę nad sobą Manny’ego, liże mnie po twarzy, czuję jego gorący pot, gdy stykamy się biodrami. Widzi mnie całym ciałem. Kocha mnie jak Jazon. Junior chrapie po dziecięcemu. Zasypiam z Mannym, czując jego oddech we włosach”.
Scena rozpoczynająca książkę, ma charakter symboliczny i ustanawia dwa motywy: macierzyństwa i walki – osią całej fabuły powieści.
China – suczka należąca do Skeeta – jednego z czworga rodzeństwa, właśnie się szczeni.
Narodzinom szczeniąt, towarzyszy radość chłopców, ale także walka i krew: „Teraz China walczy – po to przyszła na świat. Walczyła z naszymi butami, walczyła z innymi psami, a teraz walczy z tymi szczeniakami, które chcą się z niej wydostać, ślepe i mokre.”
To pierwszy miot psa. Przeczuwając nadejście czegoś nowego a stanowiącego zagrożenie pies warczy, szczerzy kły. Zazwyczaj lojalna, tym razem pozwala się dotknąć tylko swojemu opiekunowi. Skeetch nie odstępuje suczki na krok, gładząc ją przyjmuje z wdzięcznością szczenięta. Suczka rasy pitbull dobrze znosi swoje pierwsze matczyne doświadczenie. Wytrzymałość fizyczną i psychiczną ma we krwi. Jej silny instynkt walki i odporność na ból pozwala jej nie tylko zwyciężać w nielegalnych walkach psów, ale także wydawać na świat potomstwo. Z czasem okazuje się, że jej wrodzona agresja jest na tyle silna, iż potrafi być skierowana nie tylko wobec ludzi i innych psów, ale także wobec szczeniąt. Jedno z nich zostaje przez nią odtrącone, drugie – zagryzione. China – zwierzę, które miało symbolizować życie – staje się obrazem swego drugiego oblicza: bezwzględnej selekcji i instynktu silniejszego. W niej, podobnie jak w ludziach z Bois Sauvage, miłość i okrucieństwo rodzą się z tego samego źródła – z potrzeby walki i przetrwania.
Motyw trudów, jakie towarzyszą porodom, autorka ukazuje także poprzez obraz matki rodzeństwa. Narodziny Juniora, najmłodszego z dzieci, kończą się tragicznie. Konsekwencje ciężkiego, domowego porodu zabierają gromadce dzieci Mamę. Straty tej, nikt nie rozumie lepiej, niż 14-letnia Esch. Pozbawiona matczynej miłości opiekuje się rodziną przejmując obowiązki, które do tej pory spoczywały na barkach ich Mamy. Esch jest dziewczynką, w życiu której wszystko dzieje się przedwcześnie. Zbyt szybko traci matkę, zbyt szybko nią zostaje. Czując odpowiedzialność za braci i chodzącego swoimi ścieżkami ojca alkoholika, wspólnie z Randallem – najstarszym 17-letnim bratem, przejmuje „dziewczyńskie” zajęcia. Z dnia na dzień, bez uprzedzenia i wcześniejszego przygotowania. Naśladuje zachowania Mamy, przez filtr dziecięcych wspomnień. Tych, zapamiętanych oczami małej dziewczynki.
Bez dostępu do czułości, której tak bardzo pragnie, dorasta za szybko. Szuka bliskości w przypadkowych relacjach z chłopcami z sąsiedztwa, nie rozumiejąc jeszcze, że w ten sposób próbuje wypełnić wewnętrzną pustkę. Esch tłumaczy swoje zachowanie: „Było mi łatwiej pozwolić mu się dotykać, niż kazać przestać, łatwiej wpuścić go do środka, niż odepchnąć, łatwiej wpuścić go tam, niż odpowiadać na pytanie „A czemu nie?”. Było mi łatwiej nic nie mówić i wziąć go w siebie, niż udzielić mu odpowiedzi”.
Palące słońce i duszne lato zastają Esch w momencie, gdy zakochana marzy o wzajemnej miłości Manny’ego. Czas wakacji spędza na lekturze „Mitologii” Edith Hamilton i jest zafascynowana mitem o Jazonie i Argonautach. W jej wyobraźni Medea zakochana w Jazonie odradza się w niej. Manny to Jazon, ona jest Medeą. To ta mitologiczna postać zespala ich losy w jeden. To los miłości absolutnej, zdolnej do największych poświęceń, ale także miłości pełnej zdrady, odrzuconej, skutkującej szaleńczą zemstą.
Gdy wysuszona ziemia pęka, a powietrze jest nadzwyczaj gęste, dziewczyna dowiaduje się, że zostanie matką. Podczas parnych dni, gdy pot i wilgoć oblepiają wszystko, Esch ogarnia niepokój, wstyd i troska, aby ukryć pierwsze objawy ciąży. Zapada się w świat własnych doznań, obserwuje swoje ciało, marzy o dziecku, a z drugiej strony czuje się przerażona jego istnieniem. Dzieli się wiadomością o ciąży z Manny’m, ale drwina padająca z jego ust pozbawia ją złudzeń. Wybuch złości i agresja, jaką ta dwójka odczuwa wobec siebie przekreśla próbę wzięcia odpowiedzialności za wspólnie stworzone istnienie.
W życiu bohaterów zaczyna się wszystko zmieniać, a zmiany te są nierozerwalnie splecione z przyrodą i metamorfozą, jaka w niej również zachodzi. Nadciąga huragan. I mimo, iż w małe miasteczko Bois Sauvage położone w stanie Mississippi nad Zatoką Meksykańską „od lat nic … nie trafiło” – to mieszkańcy przygotowują się na najgorsze. Powietrze gęstnieje, a ojciec rodzeństwa codziennie zamroczony alkoholem z trudem stara się zachować zdrowy rozsądek. Jego plany zapewnienia dzieciom bezpieczeństwa rozpływają się we mgle podczas próby pozyskania drewna na zabicie okien. Na skutek wypadku podczas rozbiórki kurnika – traci palce u ręki. Obarcza w ten sposób rodzeństwo koniecznością gromadzenia wody pitnej i zapasów żywności. W najbardziej krytycznym momencie, ogłoszenia huraganu Katarina piątym stopniem, jest bezużyteczny. Dzieci rozwiązują swoje problemy same. Muszą się przygotować na życie bez prądu, bez sąsiedzkiej pomocy przyjaciół. Radzą sobie na tyle, na ile potrafią. Zdarza się, że włamują się do domków białych mieszkańców miasteczka, kradnąc. Tak naprawdę nikt nie jest ich w życiu drogowskazem, nikt nie nadaje ich życiu odpowiedniego kierunku. Sami zaś potrafią niewiele. Tylko to, czego nauczyli się sami, albo tego, czego nauczyło ich życie. Twarde i nieustępliwe wobec czarnych. Zagrożenie i konieczność nieustającej walki – to ich chleb powszedni.
Zaczyna brakować powietrza, jakby świat chciał wziąć głęboki oddech. Potem już tylko nadchodzi wiatr. Z początku łagodny, a potem porywisty. Przyroda się buntuje, wzbija tumany kurzu i pyłu. Nadciąga huragan zrównując wszystko z ziemią.
To książka o wszystkim, co w ludzkim życiu przychodzi zbyt wcześnie. O tym, do czego nie da się przygotować. Czego się nie spodziewamy, wobec czego nie potrafimy się zachować. Ale także o oczyszczeniu, jakiego można doznać upadając, a potem z tego upadku się podnosząc.
To jest naprawdę piękna powieść. W swoim języku – mocnym, pełnym emocji i znaczeń. Słowa znaczą tu tak wiele. Układają się w obrazy niezwykle wyraziste, silnie przemawiające do czytelnika. Obrazy te są skonstruowane w niezwykle przemyślany sposób. Symbolika wtóruje wątkom na pozór oczywistym, a jednak nabierającymi szczególnego wyrazu głębi. Ukrycia czegoś pod powierzchnią. Przesłaniem przeznaczonym do czytelnika.
Jesmyn Ward tworzy powieści nasycone, gęste od klimatu, które długo jeszcze po zakończeniu lektury we mnie rezonują. Zachwycam się jej stylem – słowami, jakich używa, tempem, w jakim opowiada swoje historie. Jej kobiecą delikatnością, ale też siłą, jaką obdarza swoich bohaterów. Czuję, że ta siła płynie od niej samej. Trudne momenty w powieści, wymagające niezwykłej wrażliwości, jak na przykład opis walki psów – pozbawiły mnie tchu. Nie byłam w stanie czytać każdego zdania….
Zrozumienie tematu, opis położenia postaci i nadanie im niepowtarzalnych rysów zaskakuje mnie z każdą jej książką.
Ta właśnie przeczytana jest już moją trzecią. Wszystkie były wybitne.